Jak mus, to mus…

 

To już był mus!

Wiśnie z ostatniego błogosławieństwa czekały na swoją kolej w lodówce. Pewnego czasu zebraliśmy kilka koszyczków z pobliskich, opuszczonych, wawerskich drzewek. Wiśnie przepyszne… Trochę takie jak kiedyś u dziadka i babci. Nieduże, swojskie, niepryskane… Oczywiście poza wodą, tą z nieba🙂.

A więc zrobiliśmy kilka słoików soku. Z pozostałych wiśni zrobiłam mus. Metodą przecierania przez sito, czyli mocno starodawną. Słoików małych bez liku😉  Ten “lik” może nie aż tak wielki… ale na pewno będziemy się nim cieszyć (przez chwil parę) my i Ci, których będziemy lodami z musem wiśniowym, podejmować.

Dodaj komentarz